![]() |
LECH
KACZYŃSKI W WARSZAWIE 2002 - 2005 |
| ..::MENU::.. |
(z rozdziału "Sukcesy w służbie zdrowia") Dyrektorzy Po roku Lech Kaczyński dyrektorem miejskiego biura polityki zdrowotnej mianował Aurelię Ostrowską. Dało to początek zmianom personalnym w warszawskich ZOZ-ach. Nie oglądając się na przepisy prawa, prezydent zwolnił od razu trzech dyrektorów. Zapomniał przy tym o zasięgnięciu opinii rad społecznych działających w ZOZ-ach, co wywołało protesty radnych z komisji zdrowia. Władysław Stasiak, który od Doroty Safjan przejął nadzór nad służbą zdrowia, miał radnym do powiedzenia tylko tyle: "Nie chcę rozmawiać teraz w trybie Big Brothera o tym, co było, a czego nie było". Czystka personalna przeprowadzona przez Lecha Kaczyńskiego wśród dyrektorów ZOZ-ów podległych prezydentowi miasta, zarówno szpitali jak i przychodni, wkrótce przyniosła pierwsze owoce. Na liście rankingowej ZOZ-ów starających się w województwie mazowieckim o fundusze z Unii Europejskiej szpitale podlegające prezydentowi Warszawy znalazły się poza pierwszą dziesiątką. Na Mokotowie wybuchł skandal, gdy zatrudniony przez Kaczyńskiego nowy dyrektor ZOZ Andrzej Radziszewski za pieniądze przeznaczone na remont przychodni urządził sobie dyrektorski gabinet. Po doniesieniach prasy i telewizji prezydent zmuszony był Radziszewskiego zwolnić. I wtedy dopiero się okazało... Andrzej R. był wcześniej dyrektorem ZOZ w Strzegomiu. Stracił tam pracę, gdy prokuratora postawiła mu zarzuty bezpodstawnego wzbogacenia się. Aurelia Ostrowska, dyrektor biura polityki zdrowotnej, broniła swojego protegowanego: "To dobry fachowiec. Przed zatrudnieniem zasięgaliśmy opinii na jego temat. Wszyscy wypowiadali się w samych superlatywach". Pismo z zapytaniem w sprawie Radziszewskiego prezydent wysłał do Strzegomia w grudniu 2004 r., półtora roku po zatrudnieniu go, dopiero wtedy gdy w mediach pojawiły się zarzuty. Skandal wyciszono w stylu lat siedemdziesiątych. "Andrzej Radziszewski zwrócił się do prezydenta miasta z prośbą o rozwiązanie umowy o pracę za porozumieniem stron. Prezydent przychylił się do tej prośby" - poinformowała po prostu Ostrowska. Prokuraturę miał też na karku mianowany przez Lecha Kaczyńskiego na stanowisko dyrektora ZOZ na Żoliborzu Jacek Szubstarski. Prezydent ściągnął go do Warszawy z Płocka, gdzie Szubstarski był radnym miejskim wybranym z listy SLD, później SdPl. Dyrektorzy mający kłopoty z prawem zawdzięczają swoje stanowiska Kaczyńskiemu, Stasiakowi i Ostrowskiej. Władysław Stasiak wobec wysypu afer zrobił tylko jedno: "Poprosiłem, by wszyscy dyrektorzy ZOZ złożyli oświadczenia, czy toczą się przeciwko nim jakieś postępowania karne". Ale nawet oświadczenia, których zażądał Stasiak, nie pomogły. Leszek Wójtowicz, dyrektor szpitala Sióstr Elżbietanek przy ul. Goszczyńskiego, którego Kaczyński sprowadził aż ze Żnina, w ankiecie Stasiaka oświadczył, że nie toczy się przeciwko niemu żadne postępowanie. W Żninie tymczasem prokuratura podejrzewała go m. in. o przywłaszczenie pieniędzy i o poświadczenie nieprawdy w dokumentach. "Myślałem, że ratusz pyta o moją działalność w Warszawie" - tłumaczył się Wójtowicz. Warto dodać, że brak koncepcji, co zrobić ze szpitalem Sióstr Elżbietanek mieszczącym się w budynku, któremu wygasła umowa najmu, zaowocował procesem sądowym o 1,8 mln zł, w tym 300 000 zł odsetek za nieterminowe wpłaty i wejściem do szpitala komornika. Gdy wybuchła afera Wójtowicza, Władysław Stasiak poinformował dziennikarzy, że został on zwolniony dyscyplinarnie: "Zastosowaliśmy artykuł pięćdziesiąty drugi, bo dyrektor świadomie wprowadził w błąd przełożonego." Po kilku miesiącach okazało się, że Stasiak mówił nieprawdę. Wójtowicz pozostał na stanowisku dyrektora szpitala. "Taką decyzję podjął prezydent Lech Kaczyński" - wyjaśnił spokojnie Stasiak, z niczego się nie tłumacząc. Spójrzmy: to już zaczątki kultu. Skoro tak postanowił Lech Kaczyński, to nie mają znaczenia kategorie prawdy-nieprawdy, nie mówiąc już o jakichś zarzutach prokuratorskich. Dyrektorem Szpitala Grochowskiego Kaczyński mianował Andrzeja Jacynę. Jacyna był poprzednio dyrektorem Branżowej Kasy Chorych dla Służb Mundurowych. Został stamtąd zwolniony dyscyplinarnie. Rada kasy zarzuciła mu, że nie zredukował kosztów administracyjnych a jego działania mogły doprowadzić do niewykonania planu finansowego. Po dwóch latach od mianowania Jacyny rada społeczna Szpitala Grochowskiego zawnioskowała o odwołanie go i o kontrolę w szpitalu. Rada miała zastrzeżenia do sposobu wynagradzania pracowników, niecelowych remontów i sprzedawania długów szpitala. Jacyna przez 2004 rok zwiększył zadłużenie szpitala z 20 do 28 mln zł. "Placówka jest źle zarządzana" - stwierdziła Janina Kowalska, członek rady społecznej, skądinąd radna Prawa i Sprawiedliwości. Wnioski rady społecznej poparła rada dzielnicy Praga Południe. Urzędnicy prezydenta, którzy skontrolowali szpital, stwierdzili, że niektórzy lekarze dostawali wynagrodzenia "dalece zawyżone w stosunku do wynagrodzeń innych". W kilka tygodni po odejściu Jacyny ze Szpitala Grochowskiego komornik zablokował konta szpitala. W czerwcu 2005 r. wybuchła kolejna afera. Dyrektorzy szpitali podlegających Kaczyńskiemu, m. in. Andrzej Jacyna i dyrektor Szpitala Bielańskiego Ewa Żydowicz-Mucha, zlecali sobie nawzajem płatne konsultacje na te same tematy. Przez dwa lata zarobili w ten sposób 332 000 zł. W służbie zdrowia Kaczyński spełnił swoją obietnicę wyjątkowo rzetelnie. Nowi dyrektorzy ZOZ-ów są zdecydowanie spoza układu warszawskiego: ze Strzegomia, Płocka, Żnina... (z
rozdziału "Sukcesy w służbie zdrowia") |